Słoneczna niedziela nad zalewem. KS Glinianka vs AKS ZŁY, 0:4

Mecz domowy Glinianka rozgrywała w Karczewie. Mieliśmy już w tym sezonie takie nieoczywistości. Orlęta Baboszewo swoje mecze rozgrywają w Drobinie. Więc ten Karczew nie był wielkim zaskoczeniem. Rzut okiem na mapę – to za Otwockiem, no to pociąg, minibus, rower – kolejność przypadkowa, trochę, jak wskoczenie do pierwszego lepszego pekaesu pod Novotelem, może nie takiego pierwszego lepszego, bo na czole miał napis Karczew, przez Otwock. Miły Pan kierowca wydając resztę rzucił mimochodem, że przesiadka w Otwocku . No trudno, przesiądziemy się skoro trzeba. Póki co przesiadają się nasi kibice, wesoła gromadka upycha się z tyłu autobusu, a w tej gromadce dwa psy – Kratka i Tadzik, wszyscy zadowoleni, chociaż kebab musi poczekać do wieczora.

W Otwocku rzeczywiście była przesiadka i poszła prawie sprawnie, a prawie, bo Kratka rozsypała drobne, a że te miały się przydać za kilka minut, to „Świder Majer” musiała zebrać to co Kratka napsociła. Ale pasażerowie byli wyrozumiali i nie patrzyli wilkiem, zapewne co weekend mieli większy folklor, w końcu są prawie wakacje, a w ich okolicach jest zalew i rzeka. Karczew przywitał nas piekącym słońcem i otwartością miejscowych, którzy z zaciekawieniem dopytywali coś my za jedni. Na mecz się jednak nie chcieli z nami wybrać. Karczewski stadion, to sporych rozmiarów kompleks, dwa boiska – jedno trawiaste, drugie ze sztuczną murawą – i całkiem pokaźnych rozmiarów trybuna schodkowa. ASK swój mecz miał rozegrać na boisku ze sztuczną nawierzchnią, i z zasłyszanych opinii wiem, że piłkarze tę nawierzchnię sobie chwalili. Długie włókna, miękka struktura, nie wydeptane. Widać  było, że ktoś się postarał wykonując to boisko, i że zarządcy terenu o swoją parcelę dbają. I takie zadbane boisko zwiastowało dobre widowisko, bo wiadomo nie od dziś, że im lepsza nawierzchnia tym lepsza gra. Trybuny, chociaż w pełnym słońcu,  zostały dość szczelnie przez czarno-białych kibiców wypełnione,         a i dla fanów KS Glinianka znalazło się wśród nas miejsce.

Skład Złego tym razem nie zaskoczył kibiców, prawie. Zestawienie w dużej mierze oddawało poprzednie mecze. Nie budziło już zdziwienia ustawienie Szymona Lewandowskiego na „9” i biegającego za jego dużymi plecami  Eliasa, skrzydła obstawiali: Bartek Łukasiak, i – tutaj niespodzianka – Krzysztof Kawałowski, dla którego był to debiut od 1 minuty w ligowym meczu. Środek pola to wracający po pauzie Tomek Malinowski, i Henryk Nguyen. Boki obrony to kolejny raz Kuba Gaicki na prawej stronie, i Duc Minh Pham na lewej. A nad wszystkimi czuwali stoperzy: Kuba Socha i Ben Ernst, oraz Łukasz Sałkiewicz między słupkami. Patrząc na to zestawienie można było otrzeć pot z czoła, i zdać sobie sprawę, że to nie nerwowy pot, a pot spiekot owy.

Sędzia, który przyjechał do Karczewa, stąpał miękko po sztucznej trawie, i kiedy ustąpał do z góry upatrzonej pozycji, bynajmniej nie w poszukiwaniu cienia, bo to było daremne, lecz żeby usunąć się w przysłowiowy cień,  zagwizdał tak głośno, że ryby pływające w pobliskim zalewie pozrywały się z haczyków wędkarzy – i dobrze, bo ryby też czują. Chłopaki nie stąpali niepewnie, wręcz przeciwnie, pewnie rozgrywali piłkę w stylu najlepszych drużyn, budując akcje od tyłu. Kuba Socha i Ben Ernst ustawiali się skrajnie szeroko, a boczni obrońcy wychodzili skrajnie wysoko, co z kolei prowadziło do tego, że boczni pomocnicy wchodzili w linię ataku, i z ustawienia 4-4-1-1 przechodziliśmy w 2-4-4. To kolejny mecz z takim wariantem rozgrywania akcji i trzeba przyznać, że wychodzi to chłopakom już bardzo dobrze, przejście do tego ustawienia wychodzi im bardzo płynnie, widać, że każdy z nich ma w głowie doskonałą wizualizację pozycji na boisku, i co cieszy jeszcze bardziej tę bujną wyobraźnię umieją zastosować w praktyce. I tak, kiedy budowane z chłodną głową – pomimo upału – akcje nie mogły znaleźć ujścia z jednej strony, przerzucane były na drugą. Źli nie pchali się z łapami, tj. z nogami – nie można wejść drzwiami, to wejdziemy oknem –  tylko bardziej: „Zamknięte? No dobrze, to przyjdziemy później, nie ma problemu” – i próbowali w innej części boiska – raz z lewej, raz z prawej, bez zbędnego podpalania się, jakby wiedzieli, że wcześniej czy później uda im się dotrzeć z piłką do bramki rywali. Przy tak ofensywnym ustawieniu, zawsze zastanawia mnie, jak spiszą się pomocnicy kiedy trzeba będzie przejść do obrony. Bo nadmienić trzeba, że tak, jak w ataku, boczni obrońcy stają się bocznymi pomocnikami, a pomocnicy bocznymi napastnikami, tak w obronie role się tak jakby odwracają. Bo chociaż obrońcy nadal są obrońcami, to już pomocnicy muszą wcielić się w nową rolę i realnie wspierać linię defensywną. I jest to o tyle ciekawe, że nie zawsze w futbolu, pomocnicy wykazują się chęcią bronienia. Często na światowych boiskach można zobaczyć bocznych pomocników symulujących grę w obronie, jakby mieli poczucie, że natura stworzyła ich do wyższych celów. Jednym z nielicznych krajów, gdzie nie da się zauważyć takiego migania się od roboty jest Anglia, gdzie boczni pomocnicy zasuwają w obronie tak samo ciężko, jak ich etatowi koledzy z tej linii. I właśnie w kolejnym meczu Złego z ciekawością obserwowałem, jak chłopaki wywiązują się z zadań defensywnych, zwłaszcza ci, którzy mają szybkie i dobrze ułożone stopy. I z nieukrywaną radością patrzyłem, jak Bartek Łukasiak i Krzysiek Kawałowski zasuwają za swoimi przeciwnikami pod własne pola karne, albo doskakują po straconej piłce z pressingiem już na 16. metrze przeciwników. Nic nie budzi we mnie większej euforii niż odebrana tuż po stracie piłka, a jak już jest odebrana wślizgiem to krzyk nie przestaje wydostawać mi się z trzewi.

Gdybym miał dawać oceny w magazynach branżowych, to powstawiałbym im dychy za ten mecz, właśnie za zaangażowanie w każdy element gry. Każdy, czyli za atak też. Bartek w swoim stylu gonił do końcowej linii, skąd w pełnym biegu dośrodkowywał piłki w pole karne, gdzie przy kilku akcjach zrobiło się niezłe zamieszanie. Jego vis a vis Krzysiek, z nieco mniejszą dynamiką niż Bartek, ale z większą głową robił równie wielką robotę. W dwóch akcjach, oszukał młokosa z Glinianki, i zwodem wdzierał się pod pole karne, gdzie w obu przypadkach był koszony, co dawało rzuty wolne z fantastycznych pozycji. Te rzuty wolne wprawdzie nie kończyły się golami, ale cieszyły oczy akcje Krzyśka, który nie nadużywał ozdobników, a doświadczeniem wymijał swoich przeciwników. Źli kibice nie byli by sobą, gdyby nie dorzucili do swojego dopingu szydery, kiedy po jednym z fauli na Krzyśku, w pobliżu pola karnego, prawie na jego skraju, nie krzyknęli do Krzycha: „Złóż odwołanie!” gdy ten próbował sędziego naciągnąć na rzut karny. Dla niewtajemniczonych – Krzysztof jest prawnikiem.

Jak wspominałem na początku, murawa w Karczewie była równiutka i miękka niczym perskie dywany, i stan boiska doskonale pasował Eliasowi. Nic nie daje piłkarzowi z taką techniką większej frajdy niż równe pole, na którym w ułamku sekundy potrafi przeliczyć tor sunięcia piłki. Piłka z rzadka odskakiwała Eliasowi gdzie indziej niż tego chciał, dzięki czemu błysnął w pierwszych minutach rajdem, który zakończył strzałem w słupek. Napędził tym stracha Gliniankom, ale to nie z jego strony nadszedł faktyczny atak, a ze strony Karnisty Krzysztofa, który podryblował prawą stroną i kiedy przed nim był już tylko bramkarz, Krzysiek podniósł głowę, spojrzał w oczy bramkarzowi, a kątem oka ujrzał wbiegającego lewą stroną Eliasa, i to właśnie do naszego numeru 9 oddał piłkę, a nie do bramki, a Eliasowi zostało już tylko równo przystawić stopę do piłki i skierować ją do siatki, a potem pobiec z uśmiechem na twarzy na środek boiska. 29 minuta i 1:0. Radość jeszcze nie ustała po pierwszym golu, a już padł drugi. Tym razem Elias, sam wybrał się po gola, dostał piłkę w okolicach środka, i przez nikogo nie niepokojony z tą piłką doholował pod bramkę, gdzie mierzonym strzałem pokonał drugi raz w przeciągu 2 minut bramkarza Glinianki. Dwa gole strzelone w dwie minuty ustawiły już do końca pierwszą część meczu. Swoich sił próbował jeszcze Rastaman Szymon, ale niestety nieskutecznie.

W drugiej połowie mieliśmy spokojną grę, znowu klasycznie, w złym stylu, rozgrywaną od tyłu, poprzez obrońców, i ze zmianami stron, bez pchania na siłę. Kilka razy Glinianka odgryzła się nam groźnymi akcjami, ale zawsze idealnie ustawiony był Łukasz Sałkiewicz, który bronił strzały piłkarzy KS-u bez zbędnego wysiłku fizycznego, doskonale wyczuwał gdzie piłka będzie lecieć po strzale przeciwnika. Panująca w Karczewie spiekota opalała nosy kibiców i łyse głowy naszych piłkarzy. Pierwszego głowę oszczędził Krzysztofa, którego w 57 minucie zmienił Maciej Gierasimiuk. Następnym zmienionym był Szymon Lewandowski, którego w 61 minucie zastąpił Gio Komoshvili. Kiedy Gio zapoznał się dobrze z murawą i przeciwnikami, postanowił tę wiedzę przekuć na gola. W 80 minucie dostał wymuskane podanie od Eliasa i pokonał gliniańskiego bramkarza po raz trzeci w tym meczu. Widać, że Gio na ławce zamiast drzemać, rozmyślał, jak poprowadzić akcję bramkową i te rozmyślania wcielił w życie pierwszorzędnie. Trzeba powiedzieć, że poza tą bramką, już od samego wejścia Gio wyglądał na głodnego gry. Kilka jego rajdów kończyło się wychodzeniem na czyste pozycje, i wyprowadzeniem na pozycje strzeleckie Eliasa. Niestety te akcje nie kończyły się golami. Do czasu, bo po tym jak Gio strzelił gola po podaniu od Eliasa, chłopaki zamienili się rolami, i w 83 minucie to Gio wypatrzył na czystej pozycji Eliasa, i po zagranej przez niego piłce numer 9 strzela gola na 4:0.

AKaeSiacy wygrali ten mecz zasłużenie, prowadzili grę po swojemu, to Źli narzucali przebieg meczu swój scenariusz, odgrywali swój spektakl. Naprawdę godne podziwu jest, jak chłopaki płynnie przechodzą z linii obronnej do ataku, i jak potrafią błyskawicznie wrócić na pozycje po stracie piłki. Grają z chłodnymi głowami, i widać, że każdy z nich doskonale wie, który fragment pola należy do niego. Miło się spędza takie upalne niedziele patrząc na grę AKS-u, zęby nie bolą, co to, to nie, bolą gardła od zdzierania się zdobytych golach. I tylko w takim meczu trudność sprawia wytypowanie Man of the match, chociaż może to i lepiej, bo bez wątpienia można powiedzieć, że ten mecz to był mecz wszystkich zawodników. Zero z tyłu – czyli najwyższe noty dla obrony, cztery z przodu – czyli najwyższe noty dla ataku. Naprzód, naprzód, naprzód AKS!