Piłka nożna to męski sport? Śmiech na sali! Przelew złej krwi w Skaryszaku. 1:2 w bitwie o awans

Dialekt piłkarski. Sztuka sama dla siebie. Raz bardziej raz mniej wysublimowany. W relacjach pomeczowych, oddaje atmosferę widowiska, charakter reportera, ale także, w nieco zakamuflowany sposób, kulturę w jakiej jest osadzony. Wiek, w którym kształtował się futbol, to wiek dwóch wojen światowych, wielu lokalnych i jednej zimnej. Nic więc dziwnego, że futbolowy dialekt wciągnął nosem całą niemal terminologią wojenną. Wszyscy znamy te naloty lewym skrzydłem, bombardowania bramki rywali i egzekucje w drugiej połowie spotkania. Można uznać, że takie nazewnictwo najlepiej oddaje emocje, które wyzwala w ludziach futbol. Można. Ale można też zapytać o namolność militarystycznej semantyki w sporcie. Albo o jej niezbędność. W większości relacji meczowych Złego staramy się jej bądź unikać bądź nie nadużywać (w zależności od autora). Wariactwo czy fanaberia? Czy zwykłe zawracanie Wisły złym kijem? Pewnie wszystkiego po trochu. Ale czyż nie od tego jest właśnie AKS ZŁY? Ze złą motyką na futbolowe słońce.

Ponieważ nasza subtelna anty-wojenna cenzura mogła przez ostatnie kilkanaście miesięcy umknąć waszej uwadze, dziś dla zaakcentowania różnicy, troszkę sobie pofolgujemy. Tym bardziej, że relacja z bitwy pod Wembley w Skaryszaku, aha… zaczyna się… dnia 21 maja 2017, świetnie się do tego nadaje.

Batalia Złych dziewczyn z liderkami z Baboszewa pachniała na kilometr krwawą jatką. Wszystkie dotychczasowe pojedynki obu drużyn miały charakter boju o każdy metr boiska. Tym razem doszedł jeden, dosyć istotny element: ktoś musiał polec aby awansować mógł ktoś.

Przypomnijmy, na boisko wychodzimy w następującym składzie: Mariola Kornacka – Joanna Kaczmarczyk, Agnieszka Boćkowska, Sylwia Własny, Sylwia Marczak – Maria Zdunek, Magdalena Lewandowska, Paulina Łężak, Marta Kaczmarczyk – Danuta Wojciechowska, Marta Dawidziuk.

Zły reporter: Wyszłyście w silnym, a jednak trochę poszatkowanym składzie. Które z naszych odstrzeliło jeszcze w Złych koszarach?

Danuta ‘Ruda’ Wojciechowska (grająca trenerka AKS ZŁY): Zabrakło „Dzidki” (Sylwia Dzida), „Czarnej” (Agnieszki Boczkiewicz) i Ireny Michalak, która bywa kapitanem naszej drużyny.

Innymi słowy, wyszliśmy bez kłów, bagnetów, bez naszej najostrzejszej amunicji. Wyszliśmy bez naszych czołowych snajperek, naszej ciężkiej artylerii, która strzeliła w tych rozgrywkach ligowych już w sumie 25 bramek. Sama „Dzidka” ustrzeliła 16, a „Czarna” załadowała 8. I kto tu miał bombardować bramkę rywalek? Kto robić te naloty skrzydłami, kto ostrzeliwać i wreszcie, kto dobić niewinne Orlęta?!

Ruda: To prawda, dziewczyn nam trochę brakowało, ale na szczęście mamy długą i ciekawą ławkę. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Z dostępnych dziewczyn wybrałam najbardziej doświadczone. Wiedząc, że w tym starciu rolę odegrają zarówno umiejętności czysto piłkarskie jak też psychika, piłkarski spryt i właśnie doświadczenie.

Jakie rozkazy padły więc przed meczem?

Ruda: Powiedziałam dziewczynom, że nie chce widzieć odstawiania nogi. Że to najważniejsze 3 punkty w tym sezonie. Żeby sobie ufały a jednocześnie jak najwięcej sobie pomagały i asekurowały się nawzajem. Ale przede wszystkim poprosiłam je, aby zagrały tak, żeby bez względu na wynik, po ostatnim gwizdku nie żałowały swojej postawy.

W jakim szyku ustawiłaś poszczególne formacje?

Ruda: Wyszłyśmy ustawione 4-4-2. Chodziło między innymi o to aby zagęścić środek pola bo spodziewałam się, że przy tak wyrównanym poziomie drużyn, tam zdecyduje się kto komu narzuci warunki gry.

Takie dyrektywy ze sztabu wiele tłumaczą. Nieustająca utarczka w środkowej części boiska zaczyna się z pierwszym gwizdkiem sędziego i trwa ponad 85 minut (mecze IV ligi kobiet trwają 40+40). Wygląda na to, że rywalki dostały te same rozkazy. Pole bitwy, boczne boisko Drukarza, jest stosunkowo małe, co sprzyja permanentnej wymianie ciosów. Po niecałych 10 minutach gry nasz Twitter informuje już o dziesięciu faulach. To musi się skończyć rannymi.

Ruda: Rywalki sprawnie podwajały, czyli kryły podwójnie, asekurowały się. Przy Pauli (Paulina Łężak), którą dobrze poznały w poprzednich meczach, wręcz potrajały krycie.

Pierwsze 20 minut meczu to ewidentna walka o to, kto komu narzuci swój styl gry, kto kogo zepchnie do defensywy. A że nie ma chętnych do gry w defensywie i jednocześnie nie ma miejsca na konstruowanie działań ofensywnych, mecz toczy się w środkowej części boiska. Długimi momentami piłka nie opuszcza obszaru 40 metrów kwadratowych, zupełnie jakby reszta boiska była zaminowana i należało jej unikać.

Oddajemy głos do sztabu. Nasza grająca trenerka znajduje się przecież w samym oku cyklonu.

Ruda: To nie było łatwe. Nie mogłyśmy grać swego. Ale zadowolona byłam, że nasze dziewczyny nie dały się sprowokować, ani zawodniczką Baboszewa, które nie zawsze grały fair, ani sędziemu, który z uporem twierdził, że rywalki uderzają i kopią nas przez przypadek, ani kibicom z Baboszewa, którzy brzydko się odzywali do naszych zawodniczek.

Mija trochę czasu zanim obie drużyny stwarzają swoje pierwsze sytuacje podbramkowe, choć nie ma ich wciąż wiele. Ciut więcej szans mają liderki. Wokół „Pauli” faktycznie nieustanny tłok co wpływa na obraz gry Złych. Nasza rozgrywająca, która lubi, co znaczy lubi, wręcz uwielbia rozpędzić piłkę, minąć kilka rywalek, wypracować w ten sposób sytuacje bramkostrzelnym koleżankom, jest tak oblegana, że rzadko udaje się jej rozkręcić Złą ofensywę. Z perspektywy wojskowego drona wygląda to tak, że w środkowej części boiska jest rój piłkarek, a tam gdzie „Paula”, rój przypomina małe kłębowisko.

Mimo to Paulinie Łężak udaje się odpalić strzał z woleja, a później rozegrać niezłą kontrę z Martą Kaczmarczyk. Jednak wcześniej liderki trafiły w słupek. Mariola w naszej bramce ma coraz więcej roboty, strzały świstają jej koło uszu. Spisuje się świetnie. Wyłapuje wszystkie. Obraz gry zasadniczo nie ulega zmianie i coraz bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, że o wyniku tej bitwy może zadecydować pojedynczy błąd, jednej albo drugiej formacji obronnej, albo, co gorsza, sędziego.

No i stało się. Przed samym gwizdkiem kończącym pierwszą połowę, sędzia dyktuje rzut karny dla liderek. Z perspektywy wypełnionych po brzegi złych trybun dosyć kontrowersyjna sprawa, ale już głos jednej z szeregowych naszej drużyny opisuje to inaczej:

„Karny im się należał. Bociek (Boćkowska) szarpnęła zawodniczkę, która wybiegała sama na Mariolę. Nawet dobrze, że skończyło się to tylko na karnym, bo tu wisiała w powietrzu żółta karta i byłaby to już druga dla Boćka czyli Bociek wyleciał(a)by z boiska. Fakt, ze pierwsza żółta była mocno przesadzona”.

No więc będzie egzekucja. Nasza ostatnia instancja, Mariola, nie wywiesza białej flagi. Szaleje w bramce i niewiele jej brakuje, ale jednak… 0:1. Bramka do szatni. Wyrok wykonała Karolina Ciska, której gratulujemy (choć z nieukrywanym bólem).

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że po bitwie w pierwszej fazie meczu, podczas której nieznacznie przeważały Orlęta, nasze miały właśnie 10 minut udanej gry. Piłka chodziła coraz płynniej i pewniej, Złe konstruowały pierwsze udane akcje. Przejmowały wreszcie panowanie nad środkiem boiska i brakowało już tylko wykończenia (brak „Czarnej” i „Dzidki” dawał się odczuć). Dobrze wyglądała też komunikacja na boisku naszych migających dziewczyn z resztą składu. Widać, że dziewczyny coraz lepiej się znają, wiedzą gdzie się szukać i jak się znaleźć nie słysząc lub nie będąc słyszaną. Na pewno duży wpływ na coraz lepsze zgranie ma bardzo dobry warsztat piłkarski Złych migających. Widać, że mają świetny instynkt, doskonale chronią plecy, oczekują ataków rywalek z tyłu pomimo tego, że ich nie słyszą. Już się cieszymy na przyszły sezon, gdy nasza drużyna będzie po kursie komunikacji migowej. Ale wracając do meritum – ten gol podciął skrzydła i to nie tylko Boćkowi ale całej Złej ferajnie, nastroje w szatni nie były najlepsze. Ot, kolateralne straty bramki do szatni.

Po przerwie obraz gry niewiele uległ zmianie, choć pojawiły się fazy, w których raz liderki raz nasze przeważały. Ostra wymiana ognia w pierwszej połowie też dawała się już we znaki. Zrobiło się ciut więcej miejsca na manewry, z czego zdaliśmy sobie sprawę widząc „Paulę” śmigającą kilka razy w kierunku baboszewskiej twierdzy. Prawdopodobnie obie drużyny zrozumiały też, że jeżeli chcą strzelić tu jakieś rozstrzygające bramki z gry, to muszą pograć trochę szerzej. Pojawiły się więc obustronne naloty skrzydłami. Wreszcie, docierają posiłki. W 50 minucie Sylwię Marczak zastępuje na boisku Antonina Flandysz-Zięcik, a 8 minut później nasza grająca trenerka ustępuje miejsca świeżej Katarzynie Pilipiuk.

Skłamalibyśmy pisząc, że batalia o środek pola po czterech kwadransach gry ustała. Wprost przeciwnie. Trup sypał się gęsto. Jeśli ktoś z was kiedykolwiek usłyszy jeszcze zdanie „piłka nożna to męski sport” to wystarczy odpowiedzieć „Skaryszak, 21 maja 2017” i pozamiatane. Ilość ciężkich starć, czasem fauli, czasem po prostu obustronnych ostrych wejść, była miażdżąca. Kości już nawet nie próbowały trzeszczeć. One po prostu stukały o siebie radośnie, co nie znaczy, że bezboleśnie. Co chwilę jakaś zawodniczka leżała na murawie. Sanitariusze obu drużyn wydawali się być dwunastymi zawodnikami na murawie, tak często ich widzieliśmy. Przerwy spowodowane kontuzjami były coraz dłuższe. Gdyby nie ciągły doping jaki niósł się po całym Skaryszaku, mielibyśmy pewnie co chwilę minutę ciszy, bo nie wiadomo było, czy kolejne zwijające się z bólu piłkarki dadzą radę się jeszcze podnieść czy pora wzywać klubowego kapelana.

W ostatnich dwudziestu minutach nasze piłkarki trzykrotnie są znoszone z boiska. Agnieszka Boćkowska co najmniej dwa razy, ale wraca jak bumerang choć z coraz większym grymasem bólu na twarzy. Nie wszystkie jednak były w stanie wrócić do gry. Na przykład Maria Zdunek. Przez jakieś półtorej minuty gramy w dziesiątkę i kolejna zmiana jest wymuszona piętrzącymi się kontuzjami. Ławka rezerwowych z każdą minutą meczu coraz bardziej przypomina szpital polowy, a my raz jeszcze żałujemy, że na boisku nie ma „Dzidki”. Przydałaby się „Dzidka” przy tej taktyce rywalek bez dwóch zdań.

Straty w ludziach wyszły na jaw dopiero po ostatnim gwizdku.

Ruda: Wszystkich nie obejrzałam. Wiem na pewno, że Asia Kaczmarczyk na limo. Zdunek stłuczone kolano. Boćkowska, też rozwalone kolano. Marta Kaczmarczyk dla odmiany, problemy z kolanem. Ja mam pokopaną stopę i … siniaka na dłoni. W zasadzie wszystkie dziewczyny są poobijane. Nie wiem, które do następnego meczu się zregenerują, a które nie. Zobaczymy.

W 76 minucie, gdy czekaliśmy na odwlekające się wyrównanie, liderki zrobiły to, czego się obawialiśmy najbardziej. Władowały nam drugą bramkę. Palce drżą gdy piszemy te słowa, ale oczywiście: gratulujemy Agnieszce Rosińskiej, strzelczyni drugiej bramki dla Orląt.

Obawialiśmy się, że nasze się załamią. Przy tak wyrównanym meczu i o taką stawkę, strata dwóch bramek na niecały kwadrans przed końcem potrafi złamać morale. Tymczasem okazuje się, że ZŁY to klub tak chaotyczny, jak przesiąknięty niespotykanym duchem walki. Dziewczyny rzucają się do ataku wiedząc, że aby zachować szanse na awans do trzeciej ligi mają góra kwadrans na strzelenie tych cholernych dwóch, jeszcze lepiej trzech, bramek. I te ostatnie kilkanaście minut jest creme de la creme dla kibica piłki nożnej. Wojna totalna. Guerra total. Totaler Krieg. Złe rozpoczynają huraganowe ataki, naloty, okupację pola karnego i bombardowanie bramki rywalek. I od razu są efekty. W 79 minucie strzelamy bramkę kontaktową. Sędzia zapisuje w protokole „Paulę”, ale w rzeczywistości dobijał kto inny. I my wiemy kto! Trybuny troszkę oszalały, ale też trudno się dziwić. Wojna to jednak pewien rodzaj szaleństwa. Piłka wraca do gry i kontrofensywa Złych trwa dalej. Kilka razy udaje się świetnie rozbroić obronę rywalek szybkimi dwójkowymi atakami zmierzającymi prosto do celu. Oblężenie trwa, batalion „Paula” szarżuje i ostrzeliwuje. Bramka na remis wisi w powietrzu ale baboszewski bastion wciąż nie pada. A jednak pada! 2:2. Na trybunach kocioł taki, że potrwa blisko minutę zanim się 150 złych kibiców zorientuje, że bramka nie zostaje uznana. Niewypał. Nie ma czasu na wzywanie saperów i grzebanie się w tym po łokcie. Do końca meczu 3 minuty, 180 sekund nadziei.

Ruda: Bardzo mi się podobało, że dziewczyny wierzyły do samego końca, że w 77 minucie biegały jakby to była dopiero 10 minuta. Jak już wspominałam, postawiłam w tym meczu na doświadczenie, a tu proszę – kontaktową bramkę strzeliła dla nas Stefanka, która w tej rundzie zagrała chyba najmniej minut z całego składu.

Stefanka to Magdalena Stefańska, nasza zła rezerwowa, która świetnie dobijała co trzeba i gdzie trzeba. Tymczasem gwizdek. Rozejm. A w zasadzie kapitulacja, bitwa przegrana. 1:2. Oddajemy głos trenerce.

Zły reporter: No i co to było do cholery?!

Ruda: Dziewczyny zjadł stres. Dopadł i nogi i głowy. Miałyśmy dużo niedokładnych podań i nie mogłyśmy znaleźć drogi do ich bramki.

Zły: Przyznaj. Rywalki były lepsze.

Ruda: Były lepsze, ale to nie była znacząca przewaga. Za to bardzo istotna. Polegała na tym, że to one ostatecznie narzuciły nam swój styl gry. To spowodowało, że mimo dużego potencjału piłkarskiego i wielkiej determinacji aby wygrać ten mecz, praktycznie przez większość czasu grałyśmy bardzo chaotycznie. Zdaję sobie z tego sprawę.

Zły: Dobra, za późno na skruchę. Co mówiły dziewczyny po meczu?

Ruda: Przykro im było… i mi też. Wszystkim było przykro. Tak bardzo chciałyśmy. Czegoś zabrakło tej niedzieli. Dziewczyny mówiły, jedne mówiły inne migały, że im bardzo szkoda. Po wyjściu z szatni każda udała się w swoją stronę by sobie poukładać myśli. A ile ich tam było to każda była pod wielkim wrażeniem kibiców. Że tyle was było, że bębny, przyśpiewki i że do końca meczu byliście z nami.

Zły: No… na wojnie się nie ucieka, wstyd byłby. Był rozkaz to śpiewaliśmy.

Ruda: I tu w imieniu dziewczyn i swoim chciałabym bardzo mocno podziękować za wsparcie i oprawę meczową. To było coś naprawdę fantastycznego.

Zły: Oj tam, oj tam… Powiedz lepiej, gdybyś miała jeszcze raz zagrać ten mecz z Orlętami, co byś zmieniła?

Ruda: Ustawiłabym nas od początku 4-3-3 tak jak pod koniec meczu, co dało nam bramkę kontaktową.

Zły: Coś jeszcze na swoją obronę?

Ruda: To dopiero początek. Jeszcze dwa mecze ligowe. Walczymy o drugie miejsce w premierowym sezonie. Potem bierzemy się solidnie za kurs języka migowego i od sierpnia walczymy o 3 ligę. I jeszcze raz chciałam podziękować kibicom za to, co nam zgotowaliście, a dziewczynom za to, że walczyły do końca.

Zły reporter po tym niefortunnym wywiadzie zesłany został na lewą stronę Wisły. A my dodamy już tylko, że na mecz dziewczyn przyszła ponad połowa męskiej drużyny Złego. Dziewczyny już od dawna wpadają na mecze chłopaków. Jest pięknie. Ptaszki śpiewają. Natomiast myślałby kto, że się dopingują nawzajem. Nic z tych rzeczy. Szpiegują się!