Awans ugrzązł, a Orły wydziobały swoje. Orzeł Parysów – AKS ZŁY, 1:0

W Parysowie od samego początku zanosiło się na ciężką przeprawę, już sam podjazd Złotego Dyliżansu pod budynek klubowy był niczym znak od Kasandry. Gdyby tylko symbolikę dało się odczytać przed faktem, to założenia meczowe wyglądałyby pewnie zupełnie inaczej. Ale od początku.

Położony w powiecie garwolińskim Parysów jest miejscowością niedużą, takie też było boisko, które sąsiadowało z polem uprawnym. Gdzie okiem  nie sięgnąć, tam pola i łąki, a jakby ze środka tego terenu wykrojony został prostokąt zielonej trawy, na którym namalowano linie do gry w piłkę. Malutka trybuna bez trudu pomieściła i pogodziła kibiców obu drużyn. Nim jednak fani i fanki umościli się na trybunie, a piłkarze rozpoczęli tę właściwą rozgrzewkę,  ku zaskoczeniu wszystkich Złoty Dyliżans ugrzązł głęboko w ziemi na prowizorycznym parkingu przed klubem. Ugrzązł na tyle, że nawet cały zespół piłkarzy ze wsparciem kilku działaczy nie zdołało go z tych tarapatów wydobyć. Podmokły teren przyklubowy znakomicie korespondował z nawierzchnią boiska: kępy trawy, błoto w polu bramkowym i gdzieniegdzie kopce kretów. Już samo to zwiastowało, że ten mecz będzie inny niż wszystkie. A to jeszcze nie koniec złych znaków na niebie. Co prawda w kwietniu pogody nie da się przewidzieć, ale i tak ona zdołała zaskoczyć: tuż przed rozpoczęciem meczu zerwał się huraganowy wiatr, który na tej otwartej przestrzeni miał znakomite warunki po temu, żeby się rozpędzać.

Pierwszy gwizdek rozbrzmiał i niósł się echem po mazowieckich polach, a chłopaki z naszej drużyny odkryli, że piłka zachowuje się na tej nawierzchni gorzej niż dziwacznie. Zagrania po ziemi nie miały racji bytu, a w powietrzu po prostu nie było lepiej. I tak oto już w pierwszych minutach dotarło do nas, że niezwykle trudno będzie w Parysowie osiągnąć korzystny wynik, a w dużej mierze będzie on dziełem przypadku. Pomimo tego, że parysowianie grają na tym boisku na co dzień, to i im sprawiało wiele trudności. Podczas gdy Źli próbowali gry kombinacyjnej, próbując dziergać z Eliasem klepki i koronki, gracze Orła nie kombinowali, tylko puszczali długą piłkę na sprintera z numerem 13 i czekali na rozwój wydarzeń. Piłkarze zarówno jednej, jak i drugiej drużyny co i rusz ślizgali się na murawie, w nieskoordynowany sposób stawiali kroki i odbijali piłkę rękami – notorycznie bowiem nie dało się przewidzieć trajektorii odbicia piłki od nawierzchni. Z początku sędzia gwizdał wiele takich zagrań, potem jakby uznał, że nie ma większego sensu wszystkich tych odbić odgwizdywać, i machnął na nie nomen omen ręką.

Źli próbowali ataków raz jedną, raz drugą stroną, jakby testując, która z nich jest wygodniejsza. Okazało się jednak, że żadna, próbowali więc wszystkiego, żeby opanować grę. Po lewej często pędził Szymek Lewandowski, którego w nielicznych akcjach obiegał Gierasimiuk, a prawą flanką atakował Gio, wspomagany przez Duca. Nasi obrońcy nie we wszystkich akcjach decydowali się na wariant ofensywny, można nawet powiedzieć, że raczej asekurowali grę przednich linii, nie podejmując ryzyka. Szymon i Gio raz za razem wykonywali sprinty przy liniach bocznych, próbując wrzucać piłkę, a czasami łamiąc akcje do środka i oddając strzały. Piłka jednak płatała figle i strzały kończyły się minięciem bramki lub spokojnym wyłapaniem przez bramkarza Orła. Kiedy nasi zawodnicy zorientowali się, że wariant oskrzydlający nie przynosi pożądanych efektów, jęli piłkę prowadzić środkiem. A w środku za rozegranie odpowiedzialni byli Tomaszowie Malinowski i Mirowski i ofensywny Kamil Półrola, który pełnił rolę łącznika między formacjami. Efekt? Wciąż walenie głową w mur. Podania do Eliasa Shehadee ze środka pola niefortunnie się odbijały i skutecznie utrudniały naszej „dziewiątce” opanowanie prostego podania, a więc i dynamiczne wejście w pole karnego, z którego przecież Elias jest znany. Tę niemoc w konstruowaniu akcji zaczepnych Tomek Mirowski próbował przełamać strzałem z dystansu, lecz silne uderzenie z 28. metra wylądowało w rękawicach bramkarza. Gracze Orła natomiast czekali cierpliwie na swoje szanse, pozwalali Złym rozgrywać piłkę i wyczekiwali błędów, które umożliwiały wyjście z ripostą. I w 38. minucie jedna z takich kontr przyniosła skutek: Orzeł poleciał lewą stroną boiska, a Ernest z łopoczącą na wietrze „13” na plecach uderzył z pola karnego obok Łukasza i piłka zatrzepotała w siatce. Trybuny nie dały chłopakom poznać, że wydarzyło się coś niedobrego, szybko zaintonowana pieśń miała dać im wsparcie. Stracony pod koniec pierwszej połowy gol wzmógł ataki Złych, choć właściwie obraz gry się nie zmienił: czarno-biali nadal przeważali i nadal walili głową w mur.

W przerwie Paryżanie i Kulturalny Klub Kibica wymienili kilka kurtuazyjnych rozmów, między innymi tę o etymologii nazwy AKS-u. Skąd taka nazwa, kolego? Tacy Źli jesteście? – Nie, skąd, wręcz przeciwnie, jesteśmy bardzo dobrzy, a nazwa pochodzi od powieści warszawskiego pisarza Leopolda Tyrmanda, zatytułowanej ZŁY. – O! Ciekawe, zaciekawiliście mnie, powiem wam, będę was śledził. Misja krzewienia czytelnictwa i kultury wysokiej w jakiejś mierze wykonana, no, trzeba jeszcze tylko było wyciągnąć ten wynik 0:1 na jakiś korzystny i wycieczka do Parysowa stałaby się sukcesem na wszystkich polach i grządkach.

Po przerwie okazało się, że na boisko nie może wrócić nasz kapitan Kuba Gaicki, który tuż przed ostatnim gwizdkiem pierwszej połowy upadł z wysokości drugiego piętra na plecy i miał problemy ze złapaniem oddechu. Dalsza gra była niemożliwa i Kuba wycofał się do Złotego Dyliżansu, żeby odetchnąć i zrobić szybką obdukcję, czy konieczny będzie szpital. Na szczęście żebra okazały się być całe, jednak Kuba oczekiwał przyjazdu karetki już we wnętrzu podtopionego autobusu.

Kubę zastąpił Kamil Niemyjski, a sędzia rozpoczął drugą połowę, która wyglądała identycznie: huraganowy wiatr i huraganowe ataki Złego. Pogoda przydawała dramatyzmu każdej upływającej minucie. Wiatr zatrzymywał piłki podawane górą, a nierówna nawierzchnia – zagrania po ziemi. Trudno było znaleźć receptę na rozmontowanie obrony Orła, który miał ten komfort, że był o tego gola do przodu, mógł zatem skupić się na obronie i dalszym wypuszczaniu swojej „13” do szybkich kontrataków. Do znudzenia można powtarzać, że stan murawy determinował sposób rozgrywania tego meczu. Wiele nieskoordynowanych zagrań, włącznie z przypadkowymi faulami, które zdarzały się coraz częściej, głównie na próbującym wszystkich możliwości Eliasie. Do piłek ustawianych w okolicach 20. metra podchodził na przemian sam Elias z Kubą Sochą, jednak ich strzały zawsze omijały bramkę. Gdyby zmierzyć procent posiadania piłki w tej drugiej połowie, statystyki byłyby dla Orła przygniatające: Źli po prostu nie schodzili z części boiska okupowanej przez graczy z Parysowa. Optymistycznym był fakt, że chłopaki odkryli wreszcie metodę gry na tym placu i piłka nie sprawiała im już tylu niespodzianek co w pierwszej połowie, zatem ich ataki były częstsze i coraz groźniejsze. Paleta zagrań to nadal przede wszystkim dryblingi Eliasa, próby strzałów z dystansu i wrzutki w pole karne, które przy odrobinie szczęścia i przy ogromie wiatru mogły skończyć się golem. W pewnym momencie nad parysowskim boiskiem rozszalała się prawdziwa nawałnica, a niczym nieosłonięte boisko zasnuło się gradową ścianą. Dramatyzm godny Hitchcocka. Gracze z Parysowa czuli, że mają to zwycięstwo na wyciągnięcie ręki, i z ociąganiem podchodzili do wszystkich stałych fragmentów gry gwizdanych na swoją korzyść, skutecznie zabierając czas, który przyspieszał wraz z wiejącym wiatrem. Niestety do końca meczu nic się już nie zmieniło. Wysoki pressing Złych nie przyniósł gola, a jedynie frustrację, że pomimo tak ogromnego zaangażowania i tylu sił, które na tej murawie musiały być zdwojone, nie udało się zmienić wyniku meczu. Po ostatnim gwizdku ta frustracja miała swoje odbicie w postaci żółtej kartki dla Eliasa i czerwonej dla Tomka Malinowskiego. Niepotrzebnie, panowie. Noblesse oblige!

Mecz z cyklu najgorszej fantazji piłkarskiego diabła, zimno, wietrznie, padający deszcz, który w pewnym momencie przerodził się w grad, nierówne boisko i grząskie pole. Wszystko to sprzysięgło się przeciwko Złemu. Można tylko dodać klasycznie, że to jest właśnie piłka nożna, że to sól piłki. A tuż po ostatnim gwizdku nad Parysowem zaświeciło słońce i zrobiła się piękna – choć wciąż chłodna – kwietniowa pogoda. Pozostało jeszcze wydobyć z tarapatów Złoty Dyliżans, któremu z pomocą nadjechał solidnych rozmiarów traktor od pobliskiego rolnika, i powrót do Warszawy, gdzie tego samego dnia od godziny 19 mecz rozgrywały Złe Dziewczyny. Awans ugrzązł, ale Zły w zanadrzu ma traktor i może jeszcze się z tego grzęzawiska wydobyć. Stay tuned!