Babeczki sprawdzają się! AKS – ŁKS, 3:1

 

Zimno wszędzie, ciemno wszędzie, co to będzie, co to będzie? Wygrana będzie, ot co! Kwiecień nie jest miesiącem przyzwoitym, pogoda się w nim zmienia co kilka minut; dość wspomnieć, że wcześniej tego samego dnia w Parysowie na meczu męskiego ZŁEGO mieliśmy słońce, deszcz, wichurę i gradobicie, a potem znowu słońce. Amplituda od +10 do -5. Na Kawęczyńskiej obyło się bez kataklizmów pogodowych, ale temperatura na pewno nie była grillowa, jak próbują nam wpoić reklamy dyskontów, kiełbaski sojowe zostają na majówkę, a na Złym kramiku znakomicie sprawdzały się czekoladowe babeczki z emblematem ZŁEGO. Czekolada rozgrzewa i poprawia nastrój, rozszerza źrenice, a w mózgu zaczynają się rozpychać fale elektryczne, tworząc radosne pieśni.

Złe Dziewczyny proponują na Don Pedro Arenie niezwykle atrakcyjną piłkę, a gra przy świetle reflektorów zdaje się sprawiać im jeszcze większą frajdę. To w takich meczach dziewczyny biły rekordy strzeleckie, można zatem było liczyć na wysoki wynik, zwłaszcza że poprzednia wizyta łochowianek zakończyła się hokejowym 8:0. Pierwszy gwizdek wybrzmiał prawie równo z wieżą zegarową na bazylice i dziewczyny rozpoczęły mecz żwawo, żeby jak najszybciej rozgrzać mięśnie i zziębniętą publiczność. Akcje w początkowych minutach rozgrywała ze środka pola Paula Łężak – jeśli nie dało się akcji puścić środkiem, rozrzucała grę na skrzydła, jeśli skrzydła były zastawione, wycofywała do obrończyń, gdzie Sylwia Swoja z perspektywy pierwszej linii widziała cały przekrój boiska i odnajdywała luki, w które można posłać  podanie otwierające drogę do bramki. Utrzymywanie się przy piłce trwało, ataki były wyważone, bez hurraoptymizmu: kilka rajdów przy liniach bocznych, kilka zagrań w uliczkę, krok po kroku zdobywane metry. W 14. minucie, po jednej z dynamicznych akcji naszej zawodniczki, łochowianki ratują się wybiciem piłki na rzut rożny. W narożniku staje Paula, etatowa wykonawczyni stałych fragmentów gry. Pieczołowicie ustawia piłkę, a kibice intonują ulubioną w takich sytuacjach pieśń: Róg, róg, róg, gol, gol, gol. Częstszy bywalcy K44 wyglądali w polu karnym Sylwii Dzidy, wiedząc, że Paula w takich sytuacjach szuka właśnie naszej „dziewiątki” (z numerem 8 na plecach). Śpiew się niesie, piłka leci, Sylwia skacze, wcale nie jakoś wysoko – nie musi, bo wzrostem góruje nad wszystkimi na boisku – i idealnie mierzonym strzałem przy lewym słupku pokonuje łochowską bramkarkę. W kilku poprzednich meczach Sylwia oddawała takie strzały w przeciwległy róg bramki – ustawiona na długim słupku posyłała piłkę z powrotem w stronę, z której przyleciała. W niedzielę zmieniła koncept i uderzyła w ten róg bramki, przy którym stała. Defensywa z Łochowa została zmylona i zrobiło się 1:0.

Wszyscy się cieszą, a relacjonującemu grabieją ręce, bo przecież trzeba donieść światu, jak się ma sprawa na Szmulkach, a że zimno było nielicho to nikomu nie trzeba mówić. Gra naszych dziewczyn nie zmieniła się po strzeleniu tego gola. Nadal to one nadawały rytm wydarzeniom, proponując rywalkom interwały: piłka do przodu i piłka do tyłu, sprint i trucht, skrzydła – lewe, prawe –  wrzutka, strzał, powrót, pressing, odbiór, atak. Dziewczyny zaprogramowane były na zwycięstwo! Nieliczne chwile prowadzenia gry przez dziewczyny z Łochowa kończyły się bądź to na stoperkach Złego, bądź też lądowały w koszyczku Marioli Kornackiej. W 20. minucie po rzucie wolnym bitym z prawej strony pola karnego łochowskiej bramki piłka spadła pod nogi Agnieszki Boczkiewicz, która strzałem z półwoleja pakuje piłkę do siatki. 2:0 to już wygodny wynik, a do końca pierwszej połowy wciąż pozostawało drugie tyle. Reszta tego czasu upływała w tym samym rytmie, z kilkoma efektownymi akcjami Pauli, która z piłką przy nodze czuje się jak ryba w wodzie. Pływała z tą piłką między rafą koralową niczym piękna biała rybka, z gracją opływając to jedną przeciwniczkę, to umykając od nóg innych rywalek, próbujących wślizgami powstrzymać naszą rozgrywającą. W taki właśnie sposób dopłynęłyśmy do końca pierwszej połowy. Można było na chwilę umknąć do budynku naszego kochanego Dzielnicowego Ośrodka Sportu i Rekreacji, żeby ogrzać zziębnięte ręce i przygotować palce do dalszego ćwierkania relacji live z Don Pedro Areny.

Przerwa w odczuciu Złego Reportera upłynęła znacznie za szybko, podejrzewał on nawet, że sędzia, który po gwizdku został na płycie boiska, celowo skrócił tę przerwę, bo marzł bardziej niż wszyscy. To jednak było złudzenie: przerwa regulaminowa skończyła się w kwadrans po jej ogłoszeniu. Dziewczyny zmieniły strony, zajęły pozycje na boisku i w odmiennych nastrojach wznowiły kopanie o punkty– łochowianki z nadzieją na odmianę wyniku, a Złe z postanowieniem co najmniej jego utrzymania.

Obraz gry nie uległ zmianie – prawdy piłkarskie zawsze w cenie – i piłkarki w czarno-białych trykotach nadal miały wynik pod kontrolą. Młodzieżowa reprezentacja Łochowa walczyła zacięcie o zmianę niekorzystnej tendencji, co niestety odbiło się na zdrowiu dwóch z nich. Natalia Osińska zeszła z boiska z kontuzją barku (dobrze, że nie obojczyka), a Wiktoria Zielińska opuszczała sztuczną murawę z kontuzją lewej kostki. Waleczności łochowiankom po raz kolejny nie można odmówić, a kibice z K44 doceniają takie postawy. Złe Dziewczyny natomiast dorzuciły do palety zagrań koronkowe akcje. Na uwagę zasługiwały zwłaszcza dwójkowe wymiany piłki między Sylwią Dzidą a Paulą Łężak – ta pierwsza bywała dla Pauli ścianą, Paula zagrywała ze środka pola do Sylwii, ta przyjmowała piłkę z obrończynią Łochowa na plecach i w jednym tempie odgrywała do podążającej za akcją Pauli. Cudnie się na to patrzyło, widać chemię między tymi zawodniczkami. W 50. minucie na boisku pojawiła się Kasia Pilipiuk, zastępując Marię Zdunek, w 60. zaś na placu zameldowała się Pani Trener we własnej osobie, Danuta Wojciechowska, w zamian za Martę Dawidziuk. Po tej zmianie stworzyłyśmy kolejne zagrożenie w polu karnym łochowskiej drużyny. W jedenastce dryblowała Paula, która została wycięta równo z plastykową trawą i sędzia wskazał na ten fragment wnętrza pola karnego z białym owalnym oznaczeniem – znaczy się rzut karny! Do piłki podeszła Swoja, Pani Kapitan. Na trybunach nastały szmery, które przerodziły się w gromkie przygotowawcze łoooooo… – i dźwięk ten potęguje się wraz z krokami Sylwii w stronę piłki, by na koniec przerodzić się w krzyk radości: Golll! 3:0 na 12 minut przed końcem, bo na stoperze sędziego wybijała wtedy 68. minuta meczu. W 70. minucie z boiska zeszła Sylwia Dzida, która otworzyła wynik tego meczu, a zastąpiła ją Małgorzata Woźniak. Przetasowania trwały dalej, ostatnią zmianę odnotowaliśmy w 75. minucie, gdy na bramkę weszła Magda Bryk. Nim Magda zdążyła przywitać się z piłką, musiała niestety wyciągać ją z bramki – gorzkie to przywitanie, kiedy zamiast uścisku dłoni czy pocałunku w policzek dostaje się cios w serce, czarną polewkę. Przy tej utracie bramki Magda jednak nie mogła nic zrobić, atak łochowianek był niczym blitz: błyskawiczne przejście z jednej formacji do drugiej, poprzez drugą do trzeciej, wzorcowa kontra na jedno, dwa podania. Od linii obronnej piłka została zagrana do środka, skąd rozgrywająca przyjezdnych wypuściła napastniczkę za linię Złej obrony. Maja Wojtasiewicz wybiegła sama-na-samą z Magdą i kiedy wszyscy widzieli oczyma wyobraźni, jak w polu karnym strzela obok interweniującej bramkarki, wykonała jeszcze jeden drybling, przepuszczając goniącą ją obrończynię i strzelając obok leżącej już Magdy, która mogła tylko wstać, otrzepać spodnie i odkopać piłkę na środek boiska. 3:1. Dziewczyny z Łochowa nie miały już czasu na odrobienie wcześniejszych strat, dosłownie kilka chwil później rozległ się nad Szmulowizną ostatni gwizdek. Chociaż mecz rozgrywano w wysokim tempie, to wymarznięci kibice szybko ruszyli w stronę ogrzewanego budynku – kto to słyszał, żeby 23 kwietnia trzeba było jeszcze palić w piecach?!, biedna planeta nie może złapać łyku świeżego powietrza.

Złe Dziewczyny tymczasem kontynuują marsz ku promocji do III ligi. Przed nimi jeszcze droga daleka, ale dobrze, że nadal widać cel na horyzoncie.