Aby pomarzyć o awansie, trzeba wygrywać z liderem. No to marzymy. 3:1 z Interem!

Zanim trafiłem do ZŁEGO, rozegrałem w swojej karierze co najmniej 150 meczów na różnych szczeblach ligowej drabinki. Większość w IV lidze. Mimo to rzadko miałem tak liczną i tak reagującą publiczność, powiedział po spotkaniu z Interem nasz nowy bramkarz Łukasz Sałkiewicz. Parę godzin później na jednym z warszawskich blogów futbolowych napisano, że na Szmulkach gra prawdopodobnie trzeci co do ilości kibiców klub w Warszawie. Trochę się chyba zagalopowano, niemniej wielce prawdopodobne, że mecz Złych Chłopaków z liderem grupy, Interem Warszawa, może okazać się kolejnym ważnym punktem w historii naszego klubu.

Złe Dziewczyny swoje już wygrały – a teraz na meczu u kolegów

To miał być wielki rewanż za dramatyczny mecz jesienią w Skaryszaku. Inter przy wypełnionych Złymi kibicami trybunach swojego boiska odesłał nas wtedy do domu z bramką w doliczonym czasie gry (porażka 3:2). Poza wymianą bramek mecz obfitował w wiele ostrych starć, przy czym należy oddać Interowi co jego: to oni byli jesienią brutalami ze Skaryszaka, nie my. Rewanż na Szmulkach musiał więc być rekonstrukcją ówczesnej piłkarskiej batalii, liczyliśmy jednak, że tym razem to ZŁY wyjdzie zwycięsko z wymiany ciosów. Stawka i spodziewane emocje zgromadziły na Don Pedro Arenie rekordową liczbę ok. 250 fanów i fanek ZŁEGO. Wśród nich spora część naszego kobiecego składu, który przyjechał prosto z meczu z liderkami swojej ligi i przywiózł stamtąd 3 punkty. Dziewczyny wiedziały, co czeka tego wieczoru ich kolegów, i wpadły wesprzeć ich dopingiem. I to jest właśnie AKS ZŁY!

Trener przygotował nas na to, że będzie to bardzo ostry mecz. W zasadzie byliśmy gotowi na wojnę, powiedział po wszystkim nasz kolejny zimowy nabytek Darek Mogielnicki, który w tym meczu udowodnił, jak bardzo jest potrzebny drużynie. Jak zwykle kontuzje wykosiły nam kilku asów (m.in. kapitan Kuba Gaicki zaczął mecz na ławie, wciąż pauzuje też Martino Buran) a Łukasz Sękulski pograł tym razem tylko 7 minut, łapiąc szybko kontuzję. Jednak dzięki szerokiej kadrze ZŁEGO na boisko wbiegła mocna i bardzo skoncentrowana jedenastka:

Łukasz Sałkiewicz – Minh Duc Pham, Kuba Socha, Ben Ernst, Bartek Łukasiak – Łukasz Sękulski (chwilę potem Gio Komoshvili), Tomek Malinowski, Tomek Mirowski, Kamil Półrola, Darek Mogielnicki – Elias Shehadee

DON PEDRO ARENA z każdym meczem coraz bardziej zapełniona

Trener Antonio nie tylko przygotował swoich chłopców na futbolową awanturę z ostro grającym przeciwnikiem, ale miał też miłą niespodziankę dla Interu, którego trener obserwował nasz ostatni mecz na Szmulkach: W pierwszych dwóch meczach rundy, z Amigos i z Burzą, graliśmy 4-4-2. Z Interem zdecydowałem się zagrać 4-5-1. Wiedziałem, że będą zajęci Eliasem. Chodziło o to, aby Darek i Gio mogli poatakować skrzydłami, powiedział Antonio po meczu. I tak właśnie było. Ale było też tak, że Inter od pierwszej minuty ugrzązł na swojej połowie, a reszta Szmulek należała do ZŁEGO. Na trybunach dyskutowano, czy jest to pomysł Interu na wciągnięcie nas i ukąszenie kontrami, czy to my wsiedliśmy na nich tak ostro. Oto jak ocenił to nasz trener po meczu: Nie spodziewałem się, że zagrają na kontratak od samego początku, ale nie zmartwiło mnie to. Wprost przeciwnie. Mogliśmy grać swoje. I graliśmy. Mecz toczył się po tej stronie boiska, po której powinien. Atakowaliśmy środkiem, ciągnęliśmy bokami, nasza obrona stała twardo i stosunkowo wysoko, a przede wszystkim graliśmy dużo piłką. Tak się kontroluje grę. Rzadkie i póki co niegroźne wypady Interu zatrzymywali nasi stoperzy, „Pazdan” (Kuba Socha) i „Ben Superman” (Ben Ernesto). Na bokach obrony nie było gorzej. I na efekty nie trzeba było długo czekać.

Tego dnia nawet cienie mieliśmy najlepsze!

Akcja toczyła się po lewej stronie boiska. Był chyba aut albo jakiś wrzut w tamtej strony. Bodajże Gio walczył o piłkę, ta go minęła, za nim był ich kapitan, piłka odbiła się przed nim, co przewidziałem, instynktownie podbiegłem i uderzyłem, mając przed sobą tylko bramkarza, opowiadał Darek Mogielnicki po meczu. Potwierdzamy: tak, to był rzut z autu, a Darek był tam, gdzie być powinien, i chwilę potem tańczyliśmy już na trybunach pierwsze triumfalne pogo. 1:0 z liderem po 27 minutach. To było więcej, niż oczekiwaliśmy.

Po strzeleniu bramki dyktowaliśmy warunki jeszcze wyraźniej. Bramkarz Łukasz Sałkiewicz: Bronię naszej bramki trzeci mecz i widzę poprawę gry z każdymi 45 minutami. Przeciwnicy stwarzają coraz mniej sytuacji, coraz lepiej gramy piłką, utrzymujemy się przy niej, gramy do przodu i nawet w momentach, gdy Inter był przy piłce, miałem wrażenie, że chłopaki mają niezły przegląd.

Nie najgorszy przegląd miał tradycyjnie Elias, który w 36. minucie po raz kolejny dopadł piłki w pobliżu pola karnego i rozciągnął bezradnego bramkarza Interu wszerz bramki, pozostawiając piłkę za jego placami. Elias tak już ma z tymi bramkarzami, że wrzuca im piłkę za plecy, i trzeba go po prostu zrozumieć. Prowadziliśmy z liderem 2:0 i na trybunach zaczął się Szmulki Blues. Inter powoli zaczął rozumieć, że to jest prawdziwy rewanż, a nie jakiś tam mecz z piątą drużyną tabeli, jednak obraz gry niewiele się zmienił. Sytuacje Interu nie wynikały z ich przewagi ani z pomysłu na rozmontowanie naszej obrony, a raczej z naszych nielicznych błędów i ze stałych fragmentów gry. Nie był to jednak wcale mecz do jednej bramki. Inter, nie mogąc wedrzeć się na nasze pole karne, próbował strzałów z daleka, zresztą całkiem sprytnie bitych, ale Łukasz Sałkiewicz jest co najmniej tak samo sprytny. ZŁY dominował więc nad liderem i było to coś, co chcielibyśmy oglądać już zawsze, przynajmniej tak długo, jak sami nie zostaniemy liderem, co na szczęście jeszcze się nigdy w historii naszego klubu nie zdarzyło. Natomiast zdarzyło się spektakularne 3:0 i opowie o tym raz jeszcze sam autor, Darek Mogielnicki: Tomek Mirowski strzelał z wolnego po prawej stronie boiska, bramkarz nie wyglądał na pewnego siebie, wybił piłkę w bok, pierwszy do niej podbiegłem i z całej siły uderzyłem z ostrego kąta, w zasadzie wzdłuż linii bramkowej, licząc, że ktoś dostawi nogę, ale nabiłem zawodnika Interu i piłka wpadła do bramki. Przepraszam, ale to były sekundy i dokładnie nie mogę tego opisać. Przeprosiny przyjęte, ale żeby nam to było ostatni raz! Bramka przypisana oficjalnie obrońcy Interu, ale dla nas to Darek pozostaje strzelcem dwóch goli w tym arcyważnym meczu.

Kuba Socha „Pazdan” suwerennie z liderem

Widać gołym okiem, że drapieżny Inter trochę zgaszony, choć ducha walki odebrać im nie można i do końca pierwszej połowy trwa walka o każdy centymetr boiska. Nasz trener widzi to tak: Jak już się zrobiło 3:0, to Inter się zorientował, że ich strategia na kontratak słabo działa. I próbowali nas atakować, bo nie mieli innego wyjścia. My zaś dowozimy do przerwy fantastyczny wynik i w drodze do punktu żywieniowego przygotowanego przez niezastąpione meksykańsko-wilanowskie YE YE nikt nie ma wątpliwości, że tego meczu już nie oddamy. Nasi konsekwentnie wykonują zalecenia trenera, a te zdają się być bardzo trafne.

Druga połowa powinna była zacząć się od szarży Interu, ale obraz gry nie zmienił się jakoś diametralnie. Oczywiście, im bliżej końcowego gwizdka, tym więcej nerwów i zapowiedziana „wojna” się materializuje. Najpierw korzystamy z tego my. Elias jest faulowany w polu karnym i mamy jedenastkę, którą sam poszkodowany zamienia w kapitalny słupek. Dalej 3:0. Jakoś niewiele później Darek Mogielnicki dostaje od rywala łokciem w usta, wszystko dzieje się z dala od piłki, ale kto by się tam przejmował, w końcu to mecz z Interem, więc krew się leje (po meczu zakładane są Darkowi szwy). Starzy wyjadacze z Interu próbują wymusić na arbitrze, aby usunął bryzgającego krwią bramkostrzelnego Złego pomocnika z boiska, aby pograć sobie parę minut z przewagą jednego zawodnika, ale Darek głupi nie jest, niczym zły wampir zasysa litry walącej strumieniami krwi, aby ukryć złe wrażenie, i kontynuuje grę. Nikt już zresztą o Darku nie pamięta, bo na boisku trwa „wojna”. Nerwy udzielają się naszej stalowej defensywie. W 52. minucie popełnia monthy-pytonowy błąd, który kosztuje nas gola. Na nasze pole karne zmierzała średnio-groźnie zagrana piłka, bramkarz Łukasz krzyczy do swojego obrońcy: „Bartek, zastaw!”, Bartek rozumie: „Bartek, zostaw!”, Bartek puszcza piłkę, Łukasz także puszcza piłkę i tak oto Inter ładuje nam bramę.

Z cyklu: polowanie na Eliasa
Antonio Shehadee – magik z buteleczką w dłoni. Tu jeszcze w dłoni

Najistotniejsze jest chyba to, że Inter rzuca się do ataku jak wściekły. Nasi muszą się nieźle uwijać, aby to neutralizować, Darek dalej sobie krwawi, ale nikogo to już nie interesuje, bo kości trzeszczą już przy każdym zderzeniu Złych ze Wściekłymi. Trochę to wszystko wygląda jak Trainspotting 3 – kopanina, faule, nerwowe przepychanki, pyskówki, żółte kartki – zupełnie jakby ktoś nas przeniósł z powrotem na pierwszy mecz do Skaryszaka. Jest charakternie. Czuć w tym wszystkim, że to jednak sportowa złość, a zaraz po meczu będzie już tylko przyjacielskie zbijanie piątek (zresztą też między piłkarzami Interu a kibicami ZŁEGO, po tym jak trybuny nagrodziły brawami ambicję przeciwnika). Takie tam typowe uprzejmości na Szmulkach. Ale póki co wciąż jeszcze trwała „wojna”. Gdzieś w tym zgiełku Tomka Mirowskiego zmienia Heniek (Henryk Nguyen) i awantura trwa dalej, a sędzia coraz bardziej się w tym wszystkim gubi i gwiżdże jako spalone kilka znakomicie wyprowadzonych Złych kontrataków, z których przynajmniej dwa były czysto rozegrane. Teraz już także Źli kibice tracą swoje słynne nerwy i zaczynają się typowe Złe wulgaryzmy z trybun. Najpierw 50 osób skanduje „Sędzia-nie-ma-racji!”, a chwilę potem najwięksi degeneraci w czarno-białych szalikach drą się: „Sędzia kalosz!”. Wstyd. Koniec. Klapa. Za całe to chamstwo oczywiście niniejszym wszystkich przepraszamy – sędziego, Zbyszka Bońka, PZPN, FIFA, UEFA i Ligę Mistrzów, a przede wszystkich polskich kibiców – no jest wstyd i hańba, ale sami rozumiecie – emocje.

Czasem „zastaw-zostaw”, ale przeważnie pewny punkt defensywy: Łukasz Sałkiewicz

Zresztą trener Antonio też się nie popisał. Rozemocjonowany strzeleniem przez naszych drugiej bramki cisnął swą złą radością pustą plastikową butelką w murawę, a ta odbiła się oczywiście tak, że trafiła trenera Interu we własnej osobie. Antonio był oczywiście przy ofierze własnego zamachu niemal tak szybko, jak sam plastikowy pocisk, po to, aby przeprosić, i tym samym zszokował człowieka prawdopodobnie dwa razy w ciągu kilku sekund. Piłkarze twierdzą, że trener Antonio tak przeżywał ten mecz, że nerwy zeszły z niego dopiero na fecie w restauracji godzinę po ostatnim gwizdku. I wcale się nie dziwimy: to był mecz z liderem, mecz o wszystko i było tam 250 Złych kibiców!

I tak to wyglądało już do końca. Inter swoje, sędzia swoje, nasi piłkarze swoje. Ale nie to, żeby wynikało z tego jakieś zagrożenie dla bramki Łukasza Sałkiewicza (i Janka Tomaszewskiego, naszego drugiego bramkarza, którego serdecznie pozdrawiamy). W 85. minucie za Darka wchodzi jeszcze Krzysiek Kawałowski, czyli zdecydowanie potrzebna świeża krew… a za „Kuleczkę” (Tomek Malinowski) Maciek Gierasimiuk. W odświeżonym garniturze dowozimy absolutnie zasłużone 3:1 i jest to już drugi raz tego dnia, gdy ZŁY ogrywa lidera tabeli. Przypadek? Wątpliwe.

No to jeszcze garść pomeczowych komentarzy:

Kuba Gaicki: Oczywiście jest mi bardzo przykro, że nie mogłem pomóc drużynie w większym stopniu, ale muszę powiedzieć, że zagrali w obronie bardzo pewnie, mieli mało strat, bardzo dobrze w odbiorze. Łukasz, nowy bramkarz, wyraźnie dodaje całemu blokowi defensywnemu ogromnej pewności siebie.

Łukasz „zastaw-zostaw” Sałkiewicz: Najbardziej cieszy mnie, że na boisku jest coraz więcej spokoju. Po stracie bramki nie ma nerwów, a przede wszystkim nie ma obaw przed braniem na siebie odpowiedzialności, wprost przeciwnie, dalej gramy swoje.

Darek „wampir” Mogielnicki: Widzę w drużynie bardzo zgraną grupę , super mnie przyjęli i naprawdę strasznie się cieszę, że gram akurat w ZŁYM. W szatni panuje naprawdę świetna atmosfera, tylko czekam, kiedy będę mógł iść na trening.

Antonio Shehadee (zachowujemy tu oryginalną pisownię, bo uważamy, że piękna jest polszczyzna naszego trenera i skoro działa w szatni, to tym bardziej może działać i w naszej relacji): Mecz z Interem był najłatwiej z 3 ostatnich meczach. Drużyna jest coraz mocniejsza i widać, że mamy nowy duch drużynowe po pierwszej rundy. Nowy piłkarzy już aklimatyzowali w drużynie i tego widać na boisko. Pracujemy cały czas mocno na treningach, żeby na meczach było łatwiej. Kolejny 3 punkty mamy i jesteśmy 3 miejsce. Gramy od meczu do meczu po 3 punkty. Awans? Jeszcze czas ukaże.

Coraz mocniej zaczynamy wierzyć, że on się naprawdę może ukazać, ten awans po czasie, choć jeszcze cicho o tym mówimy, bo sporo się musi dobrego wokół ZŁEGO wydarzyć, aby to się ziściło.

I jeszcze rzut oka na tabelę po trzynastu kolejkach:

Inter dalej pierwszy z 31 punktami, GKP Targówek podobnie jak my wygrywa kolejne mecze i utrzymuje się na drugiej pozycji (29 pkt), a na trzecim miejscu, z 25 punktami, jedno oczko od miejsca premiowanego awansem, jest już ZŁY! A dopiero co chłopcy byli przecież na siódmej pozycji… Za nami tłok. Legion, Burza, Amigos, Glinianka, wszyscy mogą jeszcze walczyć o awans.

Oznacza to mniej więcej tyle, że ogranie lidera było tylko kolejnym małym kroczkiem we właściwym kierunku. Z każdą drużyną, czy to z góry, czy z dołu tabeli, musimy teraz zagrać na podobnym albo jeszcze wyższym poziomie, gdyż przecież wszyscy będą wychodzili na nas jak na pogromców lidera. Co za pech.

I tak, kolejny mecz za dwa tygodnie na włościach u samego Orła w Parysowie.

Kolejny mecz na DON PEDRO Arenie w pierwszy weekend po majówce. Gościmy Legion II. Ba-czność! Spocznij.