Gonimy liderki! Orlęta Baboszewo – AKS ZŁY 0:1

 

Ósmy kwietnia miał być dniem prawdy dla obu AKaeSowych składów:

albo zwycięstwo i włączenie się w walkę o awans, albo porażka i rozwianie złudzeń.

Albo też remis i niepokój egzystencjalny.

Na pierwszy ogień poszły – a raczej pojechały – Złe Dziewczyny…
Aby rozegrać mecz z liderującym Baboszewem (oddalonym o 80 kilometrów od Warszawy), musiały wybrać się jeszcze dalej, bo aż do Drobina, kolejnych 20 kilometrów na północny zachód. Stukilometrowa przeprawa oczywiście musiała się odbyć na pokładzie Złotego Dyliżansu z niezawodnym Marcinem Althamerem za sterem. Wesoły autobus zrobił się jeszcze przed meczem.

Im jednak było bliżej Drobina, tym bardziej narastała koncentracja. Okrzyki w kółeczku przed pierwszym meczem były solidne, choć wrzask przeciwniczek miał jeszcze więcej werwy. To dlatego zresztą nie mamy dobrych wspomnień z dwóch pierwszych starć z baboszewiankami (najpierw domowa porażka 2:5, potem na wyjeździe 1:2). Nastoletnie orlątka są głośniejsze, szybsze, zwrotniejsze, dynamiczniejsze. Nasze dziewczyny przeciwstawiają temu grę zespołową, umiejętności techniczne, duże doświadczenie i ogromnego ducha wspólnotowości. Dwa razy przeważyła młodość, ale trzeci raz miał otworzyć zupełnie nową kartę w historii tych pojedynków.

Pamiętając siarczyste zimno w Baboszewie jesienią oraz boisko niczym zryte pole młodych ziemniaków, większość zawodniczek, kibicek i kibiców zabrała ze sobą tysiąc swetrów i kurtek oraz niepokój wewnętrzny co do stanu murawy. Tymczasem mecz toczył się na intensywnie nasłonecznionym, nowiuteńkim boisku o naturalnej nawierzchni równej jak stół.

Nawet linie boczne były proste. W męskiej B-klasie zdecydowanie takich muraw się nie widuje… Już to samo w sobie promowało nasz styl gry oparty na precyzyjnych podaniach.

Skład wyjściowy ZŁEGO w meczu z baboszewiankami:

Krystyna Nowak (bramka), Aleksandra Reduch – Agnieszka Boćkowska – Sylwia Swoja – Irena Michalak (blok obronny), Katarzyna Stamburska – Magda Lewandowska – Paulina Łężak – Marta Kaczmarczyk (linia pomocy), Agnieszka Boczkiewicz – Sylwia Dzida (obie w napadzie)

Zaczęło się od oblężenia baboszewskiej bramki. Mózgiem większości akcji była niezastąpiona Paulina Łężak, a karzącą pięścią zadającą srogie ciosy – Sylwia Dzida. Współpraca tej dwójki przynosiła fenomenalne akcje, konsekwentnie przerywane przez gwizdek sędziny, która wciąż doszukiwała się pozycji spalonych. Z perspektywy trybun sytuacje były może i niemal stykowe, ale zdecydowanie powinny być puszczone. Niestety nie mamy wpływu na takie decyzje.

Dobra gra całej drużyny Złych przekładała się na kreowanie akcji, ale nie na celne strzały. Najgroźniej robiło się po rzutach wolnych (wstrzelenie piłki przed bramkę, zamieszanie jak w ulu, szanse na gola lub samobója – ogromne) oraz po rzutach rożnych (wspaniale bitych przez Martę Kaczmarczyk i groźnie wieńczonych przez czoło Dzidki, ale zawsze tuż obok światła bramki). Orlęta starały się czymś oddziobać, ale w pierwszej połowie nie wymyśliły prochu w ofensywie. Wynikało to przede wszystkim z gry naszych doskonałych szyków defensywnych.

Bardzo ciekawe w tej połowie były jeszcze dwie akcje, w obu pachniało bramką na kilometr. Najpierw Paulina wypracowała sobie sytuację sama-na-samą z bramkarką, zderzyła się z nią, a dziobnięta piłka zmierzała powoli w stronę bramki – ale niestety ostatecznie potoczyła się tuż obok. W tej sytuacji zresztą nasza maestra środka pola była faulowana, ale gwizdek sędziny milczał. Podobnie jak przy kilku innych kopnięciach w nogi Pauli, co zresztą skończyło się wymuszoną zmianą tuż przed przerwą (pokiereszowaną paymakerkę zmieniła Marysia Zdunek). Potem jeszcze Złe Dziewczyny rozegrały cudowną akcję złożoną z krótkich podań i zakończoną petardą Dzidy z lewego narożnika pola karnego, po przekątnej, w stronę prawego górnego rogu. Kibice i kibicki wstały już z miejsc, ale niestety piłka tylko popieściła poprzeczkę i poleciała hen, gdzieś dalej w szpaler choinek zasadzonych za bramką.

Baboszewianki poza walką nie miały wiele do zaoferowania w tej połowie, udało im się oddać raptem kilka wątłych strzałów, w tym jeden celny, nie były to natomiast sytuacje podnoszące ciśnienie w organizmie. W przerwie trybuny nie rozpamiętywały więc tych sytuacji, tylko zapoznawały się z kolejnym transparentem nawiązującym do niechlubnej wypowiedzi najważniejszej osoby w polskim futbolu.

Poziom drugiej połowy długo nie dorównywał temu z pierwszej. Wymiana ciosów w środku boiska nie była szczególnie atrakcyjna dla oka, sytuacji było jak na lekarstwo, ale sukcesywnie zarysowywała się przewaga Złych. Znów najwięcej zamieszania przynosiły rzuty wolne (wreszcie sędzina reagowała na faule!), a w jednej z takich sytuacji szansę miała „Czarna” Boczkiewicz. Niestety uderzała lewą nogą i okazało się, że ewidentnie i bezapelacyjnie jest prawonożną zawodniczką. Zaczęły się też coraz to groźniejsze kontry Baboszewa. Wszyscy zgromadzeni zdawali sobie sprawę, że w tym meczu padnie co najwyżej jedna bramka. My z kolei obawialiśmy się nieco o to, że niewykorzystane sytuacje przyniosą przykrą siurpryzę z kontry. A było naprawdę blisko tego: jedna z orlątek zdecydowała się na strzał z 25–30 metrów, piłka poszybowała do góry, ale po paru sekundach zaczęła cudownie spadać tuż za kołnierz bramkarki. Zagranie typu opadający liść, wykonanie naprawdę prima sort. Tym razem szczęście uśmiechnęło się do nas po raz pierwszy – i piłka huknęła tylko w poprzeczkę. W 70. minucie szczęście znów się wyszczerzyło: w polu karnym padła Agnieszka Boczkiewicz, zahaczona przez baboszewiankę. Nie był to najbardziej ewidentny faul z popełnionych tego dnia, ale doświadczona „Czarna” wiedziała, że może zostać odgwizdany tylko przy jej wyraźnej reakcji. I tak też się stało.
Rzut karny bezbłędnie wykonała Agnieszka Boćkowska vel „Bocian”, wyprowadzając ZŁEGO na prowadzenie w hitowym meczu. Pozostawało dziesięć minut, które trzeba było cierpliwie i spokojnie przetrzymać. W tym czasie doszło do wielu zmian, weszły m.in. Katarzyna Panda za Olę Reduch, grająca trenerka Danka Wojciechowska za „Czarną”, Mariola Kownacka za Krysię (zmiana w bramce!), Gosia Woźniak za „Małą” Lewandowską.
Akcje baboszewianek robiły się coraz groźniejsze, choć – zupełnie jak te nasze akcje w pierwszej połowie – nie przekładało się to na mnóstwo sytuacji stuprocentowych, raczej na niepunktowaną przewagę optyczną.

W końcu nasze usilne prośby, by sędzina już zakończyła spotkanie, przyniosły efekt. Przy zdartych gardłach mogliśmy i mogłyśmy się cieszyć z bardzo ważnego, minimalnego wyjazdowego zwycięstwa nad zdecydowanymi faworytkami. Ich przewaga w tabeli stopniała z 11 punktów do ośmiu. Ich pewność siebie – pewnie jeszcze wyraźniej. Czekamy, co przyniesie kolejna kolejka ligowa.

Złe Dziewczyny grają 23 kwietnia u siebie z łochowiankami (ŁKS Łochów), a my zapraszamy wszystkich także na towarzyszące temu wydarzenie, poświęcone kulturze i sportowi żydowskiemu w starej Warszawie. I-pi-łecz-ka, i-kul-tu-ra, A-Ka-eS!

Cytat spotkania: Jak Dzidka nie strzeli gola w następnym meczu, to wraca na obronę🙂